Młodość – część druga

Na polskim było podobnie . Wszelkie analizy wierszy naszych wieszczy przyprawiały mnie o mdłości a lektury doprowadzały mnie do szału. Jedno tylko mnie bawiło – recenzje.

Naprawdę lubiłam recenzje. Nie ważne czy przeczytałam pół , czy tylko jedną trzecią tego co trzeba było – zawsze miałam inne zdanie niż powinnam. No i tu też miałam przechlapane. Skąd miałam wiedzieć ,że pod koniec lat siedemdziesiątych nie można było być wyrywnym i nie można było mieć własnego zdania nawet na j. polskim.

Psim swędem przebrnęłam przez pierwszy semestr niespostrzeżenie. Myślę ,że ratowało mnie moje inteligentne towarzystwo fioletowych. Nikt z profesorów nie podejrzewał, że w gronie orłów i w filarze klasy mat – fiz jest takie słabe ogniwo, czyli ja. Ale mimo wszystko zaczęło mi się w szkole podobać. Najbardziej przerwy i ferie .

Stan błogości zakłóciła mi poprawka z historii. Po I klasie dostałam ostrzeżenie.

Wszystkiego się spodziewałam ,że obleję matmę , fizę , no może powalę chemię bo tu też nie rozróżniałam pierwiastków i równań chemicznych, wszystko było za bardzo skomplikowane.

Nie mogłam zrozumieć o co chodzi – przecież nie byłam blondynką ?

Całe wakacje kułam do poprawki z historii. Ale była jazda.

Po tzw. pierwszym czytaniu podręcznika wiele się dowiedziałam. Przy drugim czytaniu tego samego podręcznika rozumiałam już dużo mniej. Ale przy podsumowaniu zapamiętanego materiału z historii tak mi się popierdzieliło wszystko , że szok.

No jak tu spamiętać tych wszystkich królów i te królewny i jakieś daty. Jak tu zakumać który król nagim mieczem któremu wymachiwał. A właściwie po co , mało mieli problemów ?. Ale taka jest natura ludzka. Jak ma dużo to i tak za mało.

Poszłam na żywioł.

Prześwietna komisja egzaminacyjna w doborowym składzie. A we mnie tyle optymizmu , hartu ducha i podniosłość , jakbym co najmniej egzamin na studia zdawała.

Raz kozie śmierć , będę walczyć , jest o co . Zbyt fajnych mam kumpli w klasie żeby to teraz zostawić. No i cycki zaczęły mi rosnąć. Może moje akcje wzrosną ?

- zapraszamy Mrówka, zapraszamy…

- wyciągnij pytanie , i jak będziesz gotowa to odpowiadaj… dobrze ?

- dobrze , odpowiedziałam , no ale gotowa to ja długo jeszcze nie będę /pomyślałam/

Łapy mi drżały , kolana uderzały o siebie z nerwów aż dzwoniło. Zanim otworzyłam kartkę z pytaniami była już tak wymiętolona jak papier toaletowy o który w tamtych czasach było bardzo trudno.

Patrzę na ten skrawek papieru a tam „ I i II wojna światowa ….. i coś w tym stylu….

O matko…….. jak mi fantazja ruszyła,………. jak mi się CZTEREJ PANCERNI I PIES zaczęli przypominać , jak mi S. Mikulski mignął przed oczyma i Bruner – ty świnio też. Po chwili pierwsze pytanie miałam już zaliczone.

Przy drugi pytaniu poszłam „ z szablami na czołgi” , potem zaczęłam coś o ułanach . I tu mówiłam prawdę, szczerą prawdę. Wiedzę miałam autentyczną, i niezafałszowaną . To była wiedza , którą przekazał mi dziadek Gucio. Prawdziwy Ułan z krwi i kości.

Zapanowała cisza. Dla mnie zbyt długa cisza. W myślach rozpoczynałam już nawet nowy rok szkolny w miejscowej zawodówce. Pewnie mnie uwalą – pomyślałam

- No Mrówka bardzo ładnie ……….. siadaj cztery

- słyszysz zaliczyłaś na cztery….

Myślałam ,że nie wytrzymam. Prawie jak bym zaliczyła pierwszy rok studiów na Oxfordzie. Szalałam. Jak bym wiedziała, że alkohol już nigdy nie będzie taki tani jak w tamtym okresie , to bym się uwaliła do nieprzytomności.

Wróciłam do domu dumna i blada. Ale tylko ja to tak odbierałam. Ojciec był wściekły. Nie rozumiał jak można być takim głąbem. Nie rozumiał bo sam był ze wszystkiego dobry a ja niekoniecznie.

~ - autor: tojamrowka w dniu maj 29, 2009.

Dodaj komentarz