Młodość – część druga

•maj 29, 2009 • Dodaj komentarz

Na polskim było podobnie . Wszelkie analizy wierszy naszych wieszczy przyprawiały mnie o mdłości a lektury doprowadzały mnie do szału. Jedno tylko mnie bawiło – recenzje.

Naprawdę lubiłam recenzje. Nie ważne czy przeczytałam pół , czy tylko jedną trzecią tego co trzeba było – zawsze miałam inne zdanie niż powinnam. No i tu też miałam przechlapane. Skąd miałam wiedzieć ,że pod koniec lat siedemdziesiątych nie można było być wyrywnym i nie można było mieć własnego zdania nawet na j. polskim.

Psim swędem przebrnęłam przez pierwszy semestr niespostrzeżenie. Myślę ,że ratowało mnie moje inteligentne towarzystwo fioletowych. Nikt z profesorów nie podejrzewał, że w gronie orłów i w filarze klasy mat – fiz jest takie słabe ogniwo, czyli ja. Ale mimo wszystko zaczęło mi się w szkole podobać. Najbardziej przerwy i ferie .

Stan błogości zakłóciła mi poprawka z historii. Po I klasie dostałam ostrzeżenie.

Wszystkiego się spodziewałam ,że obleję matmę , fizę , no może powalę chemię bo tu też nie rozróżniałam pierwiastków i równań chemicznych, wszystko było za bardzo skomplikowane.

Nie mogłam zrozumieć o co chodzi – przecież nie byłam blondynką ?

Całe wakacje kułam do poprawki z historii. Ale była jazda.

Po tzw. pierwszym czytaniu podręcznika wiele się dowiedziałam. Przy drugim czytaniu tego samego podręcznika rozumiałam już dużo mniej. Ale przy podsumowaniu zapamiętanego materiału z historii tak mi się popierdzieliło wszystko , że szok.

No jak tu spamiętać tych wszystkich królów i te królewny i jakieś daty. Jak tu zakumać który król nagim mieczem któremu wymachiwał. A właściwie po co , mało mieli problemów ?. Ale taka jest natura ludzka. Jak ma dużo to i tak za mało.

Poszłam na żywioł.

Prześwietna komisja egzaminacyjna w doborowym składzie. A we mnie tyle optymizmu , hartu ducha i podniosłość , jakbym co najmniej egzamin na studia zdawała.

Raz kozie śmierć , będę walczyć , jest o co . Zbyt fajnych mam kumpli w klasie żeby to teraz zostawić. No i cycki zaczęły mi rosnąć. Może moje akcje wzrosną ?

- zapraszamy Mrówka, zapraszamy…

- wyciągnij pytanie , i jak będziesz gotowa to odpowiadaj… dobrze ?

- dobrze , odpowiedziałam , no ale gotowa to ja długo jeszcze nie będę /pomyślałam/

Łapy mi drżały , kolana uderzały o siebie z nerwów aż dzwoniło. Zanim otworzyłam kartkę z pytaniami była już tak wymiętolona jak papier toaletowy o który w tamtych czasach było bardzo trudno.

Patrzę na ten skrawek papieru a tam „ I i II wojna światowa ….. i coś w tym stylu….

O matko…….. jak mi fantazja ruszyła,………. jak mi się CZTEREJ PANCERNI I PIES zaczęli przypominać , jak mi S. Mikulski mignął przed oczyma i Bruner – ty świnio też. Po chwili pierwsze pytanie miałam już zaliczone.

Przy drugi pytaniu poszłam „ z szablami na czołgi” , potem zaczęłam coś o ułanach . I tu mówiłam prawdę, szczerą prawdę. Wiedzę miałam autentyczną, i niezafałszowaną . To była wiedza , którą przekazał mi dziadek Gucio. Prawdziwy Ułan z krwi i kości.

Zapanowała cisza. Dla mnie zbyt długa cisza. W myślach rozpoczynałam już nawet nowy rok szkolny w miejscowej zawodówce. Pewnie mnie uwalą – pomyślałam

- No Mrówka bardzo ładnie ……….. siadaj cztery

- słyszysz zaliczyłaś na cztery….

Myślałam ,że nie wytrzymam. Prawie jak bym zaliczyła pierwszy rok studiów na Oxfordzie. Szalałam. Jak bym wiedziała, że alkohol już nigdy nie będzie taki tani jak w tamtym okresie , to bym się uwaliła do nieprzytomności.

Wróciłam do domu dumna i blada. Ale tylko ja to tak odbierałam. Ojciec był wściekły. Nie rozumiał jak można być takim głąbem. Nie rozumiał bo sam był ze wszystkiego dobry a ja niekoniecznie.

Młodość – część pierwsza

•maj 17, 2009 • Dodaj komentarz

MŁODOŚĆ

15 rok życia:  wzrost: 157 cm waga:42

16 rok życia:  wzrost:160 cm waga:46

18 rok życia:  wzrost:164 cm  waga:53 oraz komplet szczepień, wszystkie zęby, plus 1 leczenie kanałowe.

Może zanim zaczniemy analizować meandry  mojej młodości coś wyjaśnię, a mianowicie:

- pieprzę ortografię, pieprzę stylistykę, interpunkcję , przysłówki, stylistykę też pieprzę, jeśli napiszę cherbata  to będzie to znaczyło że jest z cukrem ,jeśli trafi mi się słowo curka  to znaczy ,że już nie jest dziewicą, jeśli  chuj przez „ch” to znaczy ,że jest dłuższy od tego przez samo  „ h” i niech tak zostanie.

Życie jest i tak wystarczająco skomplikowane , żeby przejmować się takimi pierdołami. Sam Wałęsa kiedyś powiedział „ szłem , czy szedłem , ale doszedłem” no i co ?  Ma Nobla ?  ano ma!

I to by było na tyle.

Jest 1.IX.1976 roku.

Wypindowana jak do lekarza rozpoczynam edukację w pierwszym i ostatnim LO naszego miasta. Atmosfera podniosła. Cała masa znajomych  z mojej podstawówki, wszyscy spięci  jak na imieninach u nielubianej ciotki.

Na apelu nie słucham co gada dyro tylko wypatruję tej  „ lali z piątki”. Jeszcze jej nie widziałam na oczy ale już cholery nie lubię, bo za bardzo interesuje się nią mój koloW.

Nie będzie lekko ,oj nie będzie. Jakąś żmiję będę miała w klasie , która może mi odbić chłopaka.

Wreszcie jest, i na Boga  KoloW  miał rację , ta dziewucha ma coś w sobie.  Subtelna uroda,kształtna figurka i o zgrozo … jednak ma już cycki.

Potem już jakoś poszło, pierwszy dzwonek , pierwsza pała  z polaka, potem następna i następna. Po pierwszym semestrze załapałam ,że trafiłam nie do tej klasy co powinnam.

Ja i mat-fiz ? Kompletna pomyłka.

Zastanawiałam się czy nie oddać walkowera.  Na lekcjach matmy momentami  wydawało mi się ,że lekcja prowadzona jest w języku chińskim . Kompletna degrengolada.  No i brnęłam , szczerze powiedziawszy nie wiem po co.

Wiara z klasy okazała się  całkiem spoko a laska z piątki  okazała się super babką .

Nie wiem jakim sposobem ale zaczęłyśmy się kumplować i w momencie jak zaczęły w klasie tworzyć się „grupki”  byłyśmy już razem.

Ja-Mrówka, Laska, Lajla i Jadzia. Dostałyśmy nawet ksywkę „Fioletowe” – do dnia dzisiejszego nie wiemy dlaczego.

Na moją zgubę  klasa do której  uczęszczałam okazała się być jedną z najlepszych w szkole, co bardzo mnie zmartwiło. To proste, im mocniejsza klasa tym marniej na jej tle wyglądałam. Matematyka w dalszym ciągu wykładana była w języku chińskim a czasami nawet w  języku plemienia  z dorzecza  Amazonki.

Na dodatek  zostałam przesadzona z ostatnie ławki do pierwszej tuż pod samą tablicą  a twarzą w twarz z profesorkiem. Nie wiem , co spowodowało jego decyzję o zmianie mojego miejsca. Może to , że jak wykładał  ja patrzyłam w niego jak w obraz Matki Boskiej  a skupienie jakim wtedy dysponowałam  paraliżowało moje członki.

Co lekcję  na matmie oczy wychodziły mi z orbit ze zdziwienia ,że w tym przedmiocie  jest  tyle  znaków, nawiasów i zawiłości a  On pewnie myślał, że taki ze mnie pasjonat-matematyk.

Zaparłam  się tragicznie , wiara w klasie była zbyt fajna żeby dać się z niej wyrzucić. Moje koleżanki Fioletowe okazały się wspaniałymi matematyczkami i po pierwszym semestrze  profesorek  na lekcjach mówił tylko do nich i jeszcze do dwóch kolesi.

Poszło gładko. Oni kończyli robić zadania a ja  w tym samym czasie kończyłam przepisywanie pierwszej linijki  z tablicy. Czyli poziom wyrównany.

Jak ja się wtedy modliłam , żeby choć mały ułamek mądrości  moich koleżanek spłynął  i wstąpił na mnie. Ale niestety nie spłynął.

Dzieciństwo – część piąta

•kwiecień 12, 2009 • Dodaj komentarz

Mijały kolejne tygodnie, miesiące , lata.

Nieuchronnie zaczęłam nabierać kształtów typowo dziewczyńskich. Coś na pograniczu dupiastych kształtów murzyńskich. Po prostu ukształtowały się biodra przy śladowych ilościach cycków. Totalna paranoja.

We wczesnym dzieciństwie główka większa od klaty , teraz dupa większa od cycków. Jak tu nie wchodzić w okres dojrzewania z zakorzenioną frustracją. Dobrze ,że chociaż trądzik mi nie wychodził i miałam fantastycznie gładką cerę. Dorosłość nadchodziła dużymi krokami, a właściwie to szeroką dupą.

Czasy były dalej niespecjalne. Rodzice posiadali wiedzę z pogranicza seksuologii na poziomie dzisiejszych przedszkolaków. O pierwszy biustonosz musiałam się wykłócać z mamą , po czym do dyskusji wkroczył ojciec stwierdzając autorytatywnie ,że biustonoszy o numerze jedynka wklęsła jeszcze nie produkują.

Wyłam pół dnia.

Dlaczego oni nie potrafili zrozumieć, że ja nie chciałam w tym biustonoszu nosić cycek /bo faktycznie ich nie miałam/ tylko zwinięte skarpetki – zresztą jak większość moich koleżanek w tym wieku.

Potem było już tylko gorzej i to znacznie gorzej. Objętość bioder rosła odwrotnie proporcjonalnie do objętości mózgu, przy czym objętość cycek dalej była zerowa. Jedynie wcięcie w biodrach robiło ze mnie śladowo dziewczynę .

No i te uda … po cholerę mi takie uda..czy ten materiał genetyczny nie powinien zatrzymać się między głową a pasem a nie zjeżdżać poniżej. Klęska , sromotna klęska.

Frustracja narastała w moim organizmie w zastraszająco szybkim tempie. Moje wszystkie koleżanki o kształtach rokokowo-barokowych z wypchanymi stanikami brylowały na przerwach podrywając mi najpiękniejszych chłoptasiów.

Nie pozostało mi nic innego jak liczyć na ostatnie wakacje po szkole podstawowej.

Jak mi kiełkowanie cycek nie ruszy , to jak ja się pokażę w liceum. Przecież koloW mi powiedział, że będzie z mami w klasie , ta Gośka z piątki.

Taka siara… z Gośką w klasie a ja bez cycek…

Dzieciństwo – część czwarta

•kwiecień 7, 2009 • 1 komentarz

Potem to już tylko szara rzeczywistość.

Szkoła , dom, Sajgon ze szczeniakami i słowa mojej mamy:

-Boże wy się zachowujecie jakby każde z was było od innego ojca…

Nie roztrząsałam tego stwierdzenia na części pierwsze, za bardzo byliśmy do siebie podobni by podważać prawdziwość słów mamy. Poza tym listonosz i kominiarz nie byli zbyt urodziwi a moi bracia tak , więc chyba byli z prawego łoża.

Tak się dziwnie w moim życiu złożyło, że największymi moimi autorytetami byli mężczyźni. Jakoś nie miałam śmiałości do kobiet. Baby mnie nie rozumiały.

Obcując z facetami nauczyłam się wielu wspaniałych niezbędnych w praktyce rzeczy.

Pierwszą z nich nauczył mnie Gucio. To była prawdziwa rzeź niewiniątek. Nauczył mnie mianowicie jak zabija się kaczki. I wstyd się przyznać – zabiłam.

Trzymałam tę biedną kaczkę między kolanami, odchyliłam jej główkę do tyłu i podcięłam jej gardło. Nie mogłam tego nie zrobić , dziadek na mnie liczył. Zawsze mi powtarzał, że w życiu trzeba wszystkiego spróbować bo nigdy nie wiadomo co będzie nam niezbędne do przetrwania.

Krew była naprawdę czerwona, kaczka jeszcze chwilę odwalała kitę w agonii , ale cóż… teraz karp na Boże Narodzenie to pikuś. Jeden cios i kolejny łeb odcięty.

Rozważałam kiedyś wizytę u psychoanalityka , bo te rybki i kaczuszki nie robiły na mnie takiego wrażenia jakie powinny robić na małych dziewczynkach.

Wiem ,że powinnam się wzruszyć, że powinnam zemdleć albo coś tym stylu , ale nie potrafiłam i nie potrafię do dziś.

Ta umiejętność przydała mi się .

Jeszcze jak mieszkałam z rodzicami to jak mama wnosiła karpia do domu to ojciec profilaktycznie potrafił zemdleć , żeby tylko nie zbrukać krwią rąk.

Adam był zbyt zajęty zegarkami , żeby cokolwiek innego robić , Piotruś łatał gdzieś z kumplami.

Mama bez tego miała pełne ręce roboty, więc ja zamykałam się przed świętami w łazience i z kolędami na ustach mordowałam. Ale trzeba przyznać mordowałam w słusznej sprawie. Potrawy z karpia podobno były niesamowite.

Mówię podobno bo nigdy tego co zabiłam nie zjadłam . Do dziś w pamięci mam te piękne oczka kaczuszek , które na mnie spozierały , te oczęta karpi i te ich buźki szepczące do mnie spod tafli wody „ zostaw mnie , walnij kolegę , a mnie wypuść do Warszawianki.’’

Raz nawet tak chciałam zrobić , ale ta banda obżartusów mi nie pozwoliła.

Po fali fascynacji mordem , nadeszła fascynacja motoryzacją. Oczywiście w męskim gronie.

Pierwszy kontakt typu KOMAR plus GLEBA miał miejsce w obecności mojego wujka LOLA.

Poszliśmy na mecz , na nasz słynny stadion . Dwie bandy spoconych młodzieńców latało za jakąś zdezelowaną piłką. Zdezelowaną – bo akcja nadal rozgrywa się w czasach tzw. PÓŹNY GIEREK.

Krzyki, owacje , ktoś kogoś kopnął, jakiś aut ale co mnie to obchodziło . Moje cielęce oczy były zwrócone ku temu czemuś, co błyszczało oparte o bandę. To było to. KOMAR , prawdziwy komar. Zaczęłam urabiać LOLA/ bo to on był tym szczęśliwym posiadaczem obiektu moich marzeń./

-no…..mogę…..

-ja tylko na nim usiądę….

-ja tylko go dotknę….

Napięcie we mnie rosło ,/ w nim zresztą też bo przegrywaliśmy…/

- ty weź się uspokój do cholery , w przerwie pogadamy , nie widzisz ,że nasi przegrywają ,

Jacy nasi …, ja tam nikogo nie poznawałam na tym boisku.

Wszyscy byli uwaleni w błocie .Wtedy jeszcze było klepisko a nie boisko , no ale fascynacja sportem w narodzie była większa niż teraz chociaż obiekt jest pokaźniejszy.

Nadeszła upragniona przerwa w grze.

Uśmiechając się czule do Lola , trzepiąc rzęsami i błagając go , wymusiłam odpalenie komara. -Tu jest gaz, tu jest hamulec, tu jest bieżnia …

-odepchnął mnie … pojechałam…… super,

-pierwsze okrążenie, super

-drugie okrążenie super ,

-przy trzecim zaczęła się druga połowa meczu , a ja niestety nie potrafiłam się zatrzymać … no i co z tego ,że się na mnie darł i machał do mnie łapami , ja i tak nic nie słyszałam i nie widziałam . Robiła bym dalej te kółka gdyby nie Lola koledzy , którzy gonili mnie wkoło stadionu aby mnie w jakiś sposób zatrzymać.

No i zatrzymali, dokładnie złapali i przewalili Komarka a wraz z nim i mnie. Byłam cała porysowana, brudna i cholernie szczęśliwa. Po powrocie do domu Lolo dostał opierduchę od mojej mamy a ja szlaban na wszystko co jej przyszło do głowy. Było warto.

Dzieciństwo – część trzecia

•kwiecień 5, 2009 • Dodaj komentarz

Piotruś lekko nie miał. Działaliśmy jak w stereo , czyli ja i Adam. Raz jedno „opiekowało „ się bratem raz drugie.

Gdzieś w okolicach 4 lat Piotrusia , wraz z Adamem odkryliśmy cudowną moc amoniaku, który był wykorzystywany do domowych wypieków przez naszą mamę. Śmierdział nieprzeciętnie , ale za to dawał radochę na długie godziny.

Praca była zespołowa. Ja łapałam i trzymałam Piotrusia a Adam otwierał szybko słoiczek z amoniakiem i podkładał go pod nos Piotrusiowi. Młody zaciągał się „aromatem” , krztusił, i przewracał załzawionymi gałami po czym z płaczem padał na glebę.

To jednak nauczyło go posłuszeństwa i karności wobec starszego rodzeństwa. Na słowo amoniak odechciewało mu się walić focha i stawał się cudownym miłym maleństwem.

Żałuję niezmiernie ,że tej chemicznej wiedzy tajemnej nie posiadłam przy pierwszym bracie. Zapewne byłby wtedy dużo milszym chłopcem . Czasami mocne argumenty ukryte w słoiku potrafią zdziałać cuda.

Cud się jednak zdarzył . Piotruś dorastał. Nic mu nie obcięliśmy , nic nie miał złamanego podczas naszej opieki nad nim. Mógł natomiast pobierać nauki u samych mistrzów.

No i pobrał . Ja bawiłam się korkami które wybuchały mi w kieszeniach paląc kurtki on poszedł w dziedzinie piromanii znacznie dalej .

Będąc już uczniem szkoły podstawowej skonstruował „ miotacza” ognia , który niespodziewania „miotnął” mu się w odwrotnym kierunku niż zamierzał.

Pamiętam ten dzień dość dokładnie. Czekaliśmy na jego przyjście ze szkoły . Czas mijał a szczeniaka nie było. Byliśmy wszyscy razem i każde z nas osobno bardzo punktualni , więc najmniejsza minuta zwłoki upewniała nas ,że coś może być nie halo.

Wreszcie dzwonek u drzwi. Pierwsze wrażenie dość komiczne . Piotruś z zabandażowaną głową oraz plikiem recept w jednej ręce i z upalonym miotaczem w drugiej…

- no co ty młody spadochron ci się nie otworzył , czy co????

- życie mogłem stracić , wzrok mogłem stracić , a ty się durna śmiejesz ?

Ryczał jak bóbr , ale łzy płynęły tylko z jednego oka bo drugie miał przykryte bandażami.

Śmiać się przestałam dopiero jak trzeba było zrobić opatrunek. Miał opaloną prawą część twarzy. Nie było rzęs , nie było brwi , nie było prawej części grzywki . Półgłówek , pomyślałam , mam brata półgłówka. Ma tylko pół ładnej główki ! A jak mu tak zostanie ?

Całe szczęście ,że ta nieopalona część główki jeszcze mu pracowała na wysokich obrotach i zaraz po oparzeniu poleciał na pogotowie, gdzie jak się potem okazało zastosowano tak prawidłowe leczenie , że wszystko zakończyło się dobrze i blizny pozostały niewidoczne. Tym samym z zawodu pirotechnika zrezygnował szybciej niż o nim pomyślał.

Dzieciństwo – część druga

•marzec 30, 2009 • Dodaj komentarz

Po wniesieniu wózka ojciec oznajmił: niedługo będziemy mieli dziecko.

A niech to szlag trafi to oni będą mieli. Ja nie chcę. Poza tym dlaczego ojciec mówi w liczbie pojedynczej skoro do wózka swobodnie wchodzą mi dwie lalki ? Jasny szlag, to zakrawa mi na bliźniaki.

Pomiarów objętości wózka do objętości lalki /też pokaźnych rozmiarów/ dokonywałam wielokrotnie . Uspokoiłam się dopiero jak we wrześniu 1971 roku moja mama weszła z jednym zawiniątkiem do domu i oznajmiła – BRAT !

To mi nie wystarczyło .Dokładnie przyjrzałam się ojcu , czy nie chowa czegoś za pazuchą, no bo po co by inwestował w taki duży wózek , jak przynieśli tylko jedno dziecko ?

Na całe szczęście, niespodzianki się skończyły. Dziecko okazało się jedno, wózek nie był żadną inwestycją perspektywiczną tylko ostatnią okazją handlową.

No bo niby skąd 10 letnia dziewczynka mogła wtedy wiedzieć, że żyje w dobrobycie socjalizmu i że bierze się ze sklepu co jest a nie co by się chciało. Reasumując skoro wózki były jednego rodzaju o gabarytach karocy to tak czy inaczej trzeba było je brać.

Nowy nabytek otrzymał imię Piotr po moim wspaniałym koledze. Koledze z klasy i sąsiedzie z drugiej klatki.

Piotr fascynował mnie zawsze. Miał piękne czarne kręcone włosy, subtelne dłonie o długich prostych palcach i wiecznie wystająco-spadające skarpetki, które wyprzedzały jego sandałki o jakieś 5 cm. Rozciągnięte swetry, krzywo zapięte guziczki już wtedy wskazywały ,że rośnie ogromna osobowość. No i wyrosła .

Piotr był genialnym matematykiem i rysownikiem. Jego ojciec był inżynierem. Wiecznie w delegacji ale za to powracający z takim bagażem doświadczenia i ogromną fascynacją zawodową, że jak go słuchaliśmy to dech zapierało. Po latach okazało się ,że Piotr został wierną kopią ojca.

No… to podwaliny pod nowego brata były dobre. Podobno przecież imiona coś znaczą…

Piotruś okazał się być dobrym , wiecznie uśmiechniętym oseskiem. Rozwijał się prawidłowo, chociaż tak jak i ja przez większą część swoich szczenięcych lat miał głowę większą od klaty, ale skoro mi się proporcje zmieniły to i jemu pewnie też.

Chcąc nie chcąc trzeba było polubić młodego . No i jak ja się wtedy nim pięknie opiekowałam, oh jak pięknie. Tylko ja umiałam mu tak wsunąć smoczek do ust, że krztusił się bardziej niż Adam całą butelką.

Tylko ja umiałam tak pięknie podnosić jego śpiącą powiekę i patrzyć jak jego gałka oczna wędruje na drugą stronę główki. Niestety……. Te numery też mi długo nie przeszły , podobnie jak chęć obcinania rzęs Adamowi.

Mój tato , wzorem lat ubiegłych był bardzo wyczulony na moją nadopiekuńczość nad braćmi i zdekonspirował mnie po raz drugi i po raz drugi w życiu sprał.

Nota bene bardzo żałuję , że we wspominanych latach siedemdziesiątych nie była znana obecnie nam panująca NIEBIESKA LINIA dla dzieci maltretowanych, bo ja bym mu wtedy pokazała…

Złapał mnie ojciec na gorącym uczynku:

-co ty znowu z nim wyprawiasz?

-ja się tylko upewniam , czy on na pewno śpi?

- to po cholerę podnosisz mu powieki do góry?

- no bo może on nie śpi tylko udaje?

Tato nie wytrzymał , dopadł do mnie na przedpokoju i chciał walnąć .Zaczęłam wrzeszczeć z całych sił żeby mnie nie zabijał ale nie pomagało. Uczepiłam się więc solidnego wieszaka /obiektu marzeń wielu gospodyń domowych- bo aż takim był cudnym tworem meblowym/.

Myślałam ,że to zatrzyma ojca, ale jakie było moje zdziwienie, że w szale ojciec ciągnął mnie , ja wieszak, wieszak ciągnął przedpokojowy chodnik ….słowem demolka.

No i po co mu to było.

Dał mi w dupę, musiał potem to sprzątać a przecież z dziećmi trzeba rozmawiać, dużo rozmawiać. A może gdyby pozwolił mi wtedy dokładniej pozaglądać pod tą powiekę, powkładać braciom te smoczki do gardełek to może moje życiowe losy były by inne. Może już wtedy miałam zapędy do medycyny, może była bym znaną okulistką lub laryngologiem , ale nie… nie … wolał stłamsić moje zapędy ku wiedzy medycznej. A szkoda , pierwsze pędy ku wyborom przyszłości zdusił mi w zarodku.

Dzieciństwo – część pierwsza

•marzec 25, 2009 • Dodaj komentarz

DZIECIŃSTWO


I miesiąc życia: waga 3.600g, wzrost 57 cm, obwód głowy 37 cm, obwód klaty 33

VI miesiąc życia: waga 6.350g, wzrost 69 cm, obwód głowy 46 cm, obwód klaty 45

XVIII miesiąc życia: waga 8.700g, wzrost 78 cm, obwód głowy 50cm, obwód klaty 50, plus 16 zębów


Uff, nareszcie, bo już się martwiłam, że coś ze mną nie tak – żeby obwód głowy był większy od klaty?

Jak już wspomniałam zaczęło się świetnie. Żyłam w sterylnych warunkach otoczona rodziną , która ze wszech miar starała się zapanować nad moim darciem.

Plan dyżurów nad moim łóżeczkiem i wózkiem był ściśle przestrzegany.

Jak tylko traciłam z horyzontu twarz dyżurującego członka rodziny, wrzask zaczynałam od nowa. Nawet, jak trzeba było gotować obiad to wpychano mnie do wózka, gdzie do rączki przyczepiony był pasek, przy pomocy którego pedałując wprawiano mnie wraz z wózkiem w szaleńcze bujanie. Pomagało bo przestawałam krzyczeć, ale skutki uboczne zostały, do dziś mam totalnie wyhuśtany umysł.

Byłam małym anemikiem nastawionym ze wszystkim na nie. I nie było na to rady. Moim powiedzonkiem w wieku wczesno przedszkolnym było „zabijcie mnie, ja i tak tego nie zrobię”. No i aż dziw, że nie zabili.

Jedynym autorytetem był Gucio. Gucio to mój dziadek od strony mamy. Człowiek krzepki z wyglądu i charakteru. ”Ułański piekarz” z ogromnym sercem, schowanym gdzieś głęboko pod płaszczem arogancji. Był bardzo kontrowersyjnym człowiekiem. Oschły, konsekwentny i tak pedantyczny , że do dziś jestem w stanie przypomnieć sobie zapach jego perfum i w pamięci odtworzyć błysk jego wypastowanych a następnie wyglancowanych butów.

Do dziś jeszcze pamiętam jego wspaniałe welurowe i pluszowe rzędy kapeluszy. Jego garnitury wisiały równiutko i zawsze przed włożeniem do szafy były starannie i ze specyficznym namaszczeniem czyszczone. No i jak każda dewiacja , jego miłość do kapeluszy miała i na mnie wpływ.

Zabierał mnie wtedy do miasta i od najmłodszych lat kupował właśnie wspomniane kapelusze. Wyglądało to komicznie , mała dziewczynka z miniaturką kapelusika na głowie a obok niej dziarsko wyprostowany dziadek. Ostatni kapelusz jakim mnie obdarował został kupiony długo po maturze.

Trzymałam go wiele lat ,przypominał mi fantastyczne szczenięce lata, zaciągałam się jego zapachem i powracał obraz beztroski i szczęścia.

Dorastałam a wraz ze mną dorastali moi bracia. Trafiło mi się dwóch.

Pierwszy to Adam. Jego imię nadałam na cześć syna naszej sąsiadki. Ten jej mały był naprawdę pięknym dzieckiem , więc ja też chciałam mieć coś pięknego.

To dziwne ale pamiętam jak mając niespełna 5 lat tuż przed porodem mój ojciec zaczął mnie przygotowywać na przyjście nowego potomka do domu.

No a co będzie jak to będzie dziewczynka” zapytał. „Nic nie szkodzi , może być ale i tak będzie nazywać się Adaś” No i koniec . Udało się .Urodził się 9 sierpnia 1966 r. nawet był ładny, o ile ładne mogą być małe rozdarte bachorki.

Rósł jak na drożdżach a wraz z nim jego parszywy charakter. To dopiero było wkurzające dziecko. Walił focha na fochu. Wszystko egzekwował darciem się i rykiem. Moje życie legło w gruzach. Musiałam małego gnojka wszędzie ze sobą ciągać, wozić w wózku i jeszcze udawać , że go lubię. I jeszcze jedno , wszyscy się nim zachwycali, był coraz to bardziej śliczny . To trochę za dużo jak na tak małą dziewczynkę jaką wtedy byłam.

Długo nie czekając, zaplanowałam sromotną zemstę . Wykombinowałam nożyczki i postanowiłam obciąć mu rzęsy , bo to właśnie nimi tak bardzo się wszyscy zachwycali. Czaiłam się dość długo, i wreszcie nadeszła ta upragniona chwila. Nareszcie pozbędę go jego atrybutów piękna.

Z nożyczkami w jednej ręce z mrugającą powieką w drugiej zostałam nakryta przez ojca. „Co ty do cholery robisz” wrzeszczał ale bał się podejść .Ale jak już mu się udało to marnie skończyłam .

Moja dupa była koloru sino-papuciastego i bolała dość długo. Mimo wszystko warto było ponieważ zapanował strach w rodzinie ,że jestem lekko nieobliczalna i na pewien czas miałam spokój z gówniarzem.

Byłam ponownie wolnym człowiekiem. Nie pchałam już przed sobą wózka ,nie musiałam karmić go butelką bo to też robiłam za dokładnie. Konkretnie wpychałam mu tę butelkę do gardła tyle ile się dało , nie ukrywam ,że z ogromną satysfakcją patrząc jak się krztusi. Na swój sposób to było okazywanie siostrzeńczych uczuć.

Pomimo moich usilnych starań mojemu Adasiowi udało się w miarę spokojnie przebrnąć przed okres oseska I powoli wkraczał w szczeniactwo. Jego braterska miłość do mnie kwitła , co okazywał w bardzo specyficzny sposób łamiąc na mnie swoje gitarki , szarpiąc za włosy lub plując , ja natomiast z miłości gryzłam go gdzie popadnie.

W tak wspaniałej symbiozie przeżyliśmy pięć lat , gdy okazało się ,że moja mama robi się niepokojąco okrągła ,co niezwłocznie potwierdził ojciec wnosząc do domu wózek dziecięcy rozmiarów XXL. Miałam wtedy 10 lat , Adam 5 więc co jest do cholery, co pięć lat jakiś najazd obcych… aż się boję, co będzie za lat piętnaście? Po dzieciątku w każdym kątku?

Ja pierdziordzi ,będę miała konkurencję…